Pewnego dnia, po zmierzchu...
Poszłam w spódnicy w kratę, Szarych trampkach, czarnych rajstopach, czarnej, obcisłej bluzce z bufiastymi rękawami 1/2, w szarej i zapinanej na guziki bluzie z rzemykiem na szyi i ręce. Później w samotności wróciłam do domu. Nie znałam nikogo kto był na dyskotece. Nie było go. Reszta się dla mnie nie liczyła. Jaka jestem naiwna. Wierzę w coś co ma prawdopodobieństwo 1:78. Zresztą i tak prawie nic o nim nie wiem. Próbuje wybić go sobie z głowy, lecz tylko coraz bardziej boli mnie gdy tak myślę. Za to uczucie, które towarzyszy mi, gdy go zobaczę bądź przejdę się obok niego jest nieporównywalne do czegokolwiek. Jakby za chwilę serce miało mi rozerwać klatkę piersiową. Takie mocne. Bicie. Serca.
Wiedząc, że szanse na to, że coś z tego wyniknie są praktycznie żadne, mam nadzieję, że na obozie poznam kogoś, kto jako pierwszy na prawdę się mną zainteresuje i nie będzie się pytał o moją średnią i patrzył na mnie wzrokiem "Oh my gash, jaki prymus". Dobijające.
17 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz